poniedziałek, 13 kwietnia 2009
L-A-M-Y
czwartek, 17 stycznia 2008
Nostalgicznie w styczniu
Wciąż nie mogę się nadziwić tempu z jakim mijają kolejne lata. Kolejna dekada już nam stuknęła, kolejnych siwych włosów na skroniach przybywa, kolejnych włosów ubywa.
A wciąż tak żywe są w mojej pamięci wszystkie te minione sylwestry, dosłownie jakby wczoraj świat drżał przed katastrofą jaka nas czeka gdy zwariują komputery w roku 2000, jakby chwilę temu sztuczne ognie latały nad ulicą w Korbielowie. ;)
Nowy rok zaczął się szybko, że nawet nikt z nas nie zdążył wspomnieć o tym na blogu.
I zaczął się nie tylko szybko, ale również dość niespodziewanie, szczególnie dla niektórych.
I mimo lat, znów wszyscy trzej jedziemy na tym samym wózku!
Co nam przyniesie ten rok?
Cholera, ale mnie wzięło na wzloty ;)
Kto wie, poprzedni też miał coś tam przynieść i gówno przyniósł :)
Ten nie jest pewnie tak spektakularny w swoich planach dla naszej trójki, ale może dlatego będzie jakiś przełomowy? A czy my w ogóle potrzebujemy przełomów?
Hm.....
Plany są duże, szczególnie jeśli idzie o temat jakże wdzięczny do opisywania i pokazywania na blogu - czyli podróże. Bardzo liczę że uda się zaliczyć przynajmniej dwie fajowe eskapady! Z czego jedną mega wypasioną. No ale zobaczymy.
Na razie nie możemy się zorganizować w temacie wyjazdu na narty, ale damy radę, a jakże ;)
Nostalgicznie i lakonicznie przywitałem nowy rok na bigosie, następny wpis będzie bardziej konkretny, bez zbędnego pieprzenia, mam nadzieję ;)
Aaaaaa, no i muszę wreszcie uruchomić zapowiadany projekt,
wszystko już czeka, trzeba się tylko przenieść ;)
Jeśli nadmiar obowiązków nie przeszkodzi, może ogłoszę to już całkiem niedługo.
A tym czasem wszystkich ciepło pozdrawiam i życzę nam jak najlepszego 2008 roku!
Radości, optymizmu, szczęścia i szczęśliwości.
Ciao ;)
piątek, 7 grudnia 2007
Prawie świąteczna niespodzianka
to w sumie informacja kierowana tylko do wąskiego grona odbiorców... czyli do Was ;)
otóż, tak w przedświątecznym szale który powoli ogarnia wszystko wokół, postanowiłem sprawić nam taki mały prezent ;)
Wyszło kurcze chyba trochę pedalsko, ale co tam, na przekór Kazikowi... "niech się wstydzi ten co widzi" ;))))
niespodzianka jeszcze dni kilka i się wyjaśni, teraz jeszcze o tym nie powiem, chcę odrobinę zbudować napięcie... jak wszystko zadziała dam znać.
aha, to nie będzie nie wiadomo co wielkiego, takie coś w kategoriach mały patent ;)
to pozdrawiam i see Ya!
piątek, 23 listopada 2007
Zagadek ciąg dalszy..

Już pamiętacie te cotygodniowe wypady w środowe wieczory??? Nie? Kolejne zdjęcie rozwieje wszelkie wątpliwości :)

Ile to trwało? Rok? Dwa? Zabawa była niezła, przynajmniej dla nas...Zostawiam posta w lekkim zawieszeniu, licząc na rozwinięcie tematu przez szanownych kolegów w komentarzach. Filu.
Ps. żebyście nie mieli pretensji, że zdradzam tylko wasze facjaty z przeszłości również się ujawniam.

czwartek, 22 listopada 2007
heli, który zawisł na miastem...
Swoją wycieczkę rozpocząłem od malowniczych ujęć świątyni buddyjskiej, wtłoczonej w w górski masyw. Ciekawe kto i jak długo wnosił materiały do budowyale cieszę się, że nie musiałem to być ja. Sam trekking w zupełności mi wystarczył.
Jak się szybko okazało, to nie ekspozycja była największą trudnością tego dnia ale tłumy Koreańczyków, którzy masowo wybrali sobie tę najtrudniejszą wokół Seulu górę Dobongsan jako miejsce niedzielnego spaceru. O dziwo, niespecjalnie przejmowali się trodnościami terenowymi rozbijając swoje biwaki w najbardziej wyeskponowanych miejscach. Hop-siup, kocyk a na kocyku jajeczko, ziemniaczek i 100 różnych rzeczy, których nazw nigdy nie wymówię. Jako że znacie już uwielbienie tego narodu do jedzenia z poprzedniego posta, możecie wyobrazić sobie całą restaurację wnoszoną 700-800 metrów w górę. Dla niektórych deserek czyli 20% koreańska wódka Soju, skończyła się sturlaniem w przepaść. Właśnie Państwo Kim szukają sturlanego kolegi...
Może będę zbyt brutalny i nie okażę współczucia dla bliźniego ale najbardziej interesowała mnie akcja ratunkowa a głównie helkopter, który zawisł w powietrzu. Who knows, może mu się benzyna skończyła ;-)

Kupa latającego żelastwa wzbudziła popłoch i zainteresowanie wśród weekendowych wycieczkowiczów, którzy masowo zaangażowali się w akcję ratunkową, odstawiając nawet na chwilę na bok swoje papu



Załączam dokumentację kolażową (nie kolarską) z tej wyprawy. Kolejki do łańcuchów na Giewoncie to naprawdę pikuś, bo w tutejszych górach po prostu kolejek nie ma. Wszyscy atakują na raz w obawie, że Kim, Lee lub Park idący za tobą, zajmie intratne miejsce na rozłożenie kocyka. I co wtedy? No cóż, straci się niebywałą okazję do sturlania się w przepaść się. Yo!
środa, 21 listopada 2007
MADE IN EGYPT VOL.#2

Tym pięknym zdjęciem zrobionym przez Weronka DDR-owskim analogiem chciałbym zacząć część drugą egipskich opowieści. Fota świetnie oddaje kolejny powód dla jakiego wybraliśmy się w pierwszy tydzień listopada do Egiptu. Tym powodem jest oczywiście słońce i temperatura. W trakcie naszego pobytu wahała się między 34 a 29 stopniami - naaaaajs - parasol był więc momentami przydatny.

Jak już nie mogliśmy znieść słońca raczyliśmy się w przyplażowej knajpce egipskimi Stellami.

...czas leniwie leciał...

... a Zgódi robił się coraz mniej wyraźny. ;)
I tak dochodzimy do kolejnego powodu dla jakiego wybraliśmy się do krainy faraonów.
Nie chodzi bynajmniej o żłopanie a nurkowanie. ;)
Na kilka dni zamieniliśmy nasze leżaczki na pokłady jachtów wycieczkowo-nurkowych. To bardzo popularne w Egipcie, za 40-50 dolców można spędzić cały dzień z posiłkiem na takiej łódce pływając od rafy do rafy.
Szyper właśnie znalazł miejscówkę, obsługa jachtu - trzech panów na zdjęciu - próbuje przycumować - tu akurat do rafy (sic!) i zaczynają się kąpiele, snoorklowanie bądź też schodzenie ze 'sprzętem' w parach. ;))
Świat podwodny jest niewiarygodnie piękny, mieni się wszystkimi kolorami, jest pełen korali, rozgwiazd, najróżniejszych roślinek i żyjątek. Pływają sobie kolorowe rybki o najróżniejszych kształtach: długie niczym węże mureny, czy płaskie jak talerze płaszczki. Można napotkać żółwie i ośmiornice, a jak się ma farta to można też trafić na delfiny.
Nam się podczas nurkowania nie udało, ale widzieliśmy takie stadko podczas powrotu łodzią. Wszyscy wtedy wariują, gwiżdżą i wiwatują, bo spotkanie delfina podobno przynosi szczęście (tak jak zresztą wiele rzeczy w Egipcie;))).
A teraz historia piratów z Warszawy. Siali oni popłoch na egipskich plażach napadjąc zza parasoli, zabierając rosyjskim dzieciom foremki i grabki. Tu na zdjęciu przestraszony tata i wmurowana córka.

Ich wybryki wieczorami przenosiły się do eleganckich restauracji. Robili burdy i wszczynali bijatyki pod stołami. Zdegustowani rosyjscy turyści przy innych stolikach zaklinali się, że więcej do Egiptu nie przyjadą.
Wybryki pirackie ukrócił w końcu sprytny egipski kelner, który skasował piratów na 100 Euro za homara. Miny im zrzedły, porfele schudły i od tego czasu nie nękali już rosyjskich turystów w egipskiej krainie.
I to tyle. Za oknem deszcz ze śniegiem, wiatr i dujawica. Zakończę dwoma ostatnimi fotami z okien naszego pokoju hotelowego w Hurgadzie. Ciao!



